Kibicem się jest, a nie bywa.
Zaczynając od tego co istotne i zbiegające się z notką to to, że Jagiellonia wygrała 2:1 i było na meczu świetnie, w pewnym momencie myślałam już, że ogłuchłam na prawe ucho i zatykałam jedno, żeby dowiedzieć się czy słyszę, także beka. Ale gardło całe, chociaż darłam się niemiłosiernie. Lubię chodzić na meczę, nie uważam się za jakąś kibickę czy ultraskę, ale naprawdę lubię tam chodzić, krzyczeć, rzucać szalikiem, skakać z ludźmi i w ogóle oglądać mecz - bo przecież o to w tym chodzi. Na pierwszy mecz poszłam z tatą kiedy miałam jakieś 3-4 latka. Akurat mój jakże mądry tatuś zabrał mnie na mecz Jagiellonia - Legia, także kto się orientuje chociaż minimalnie ten wie, że bardzo ze sobą rywalizujemy i bardzo często są zadymy na wspólnych meczach. Tak więc mój kochany tato zabrał mnie na taki mecz i oczywiście nie obeszło się bez zadymy. Tak więc policja strzelała, kibice się tłukli, woda się lała i wszystko na "bum". A mój tato wybiegał ze mną pod pachą stamtąd. Kiedy miesiąc później zabrał mnie na spokojniejszy mecz, stałam twardo przez całą pierwszą połowę, ale kiedy zaczęła się druga stanęłam do niego buzią i spytałam - "tato, a kiedy się będą bili?" Także naprawdę coś we mnie jest, co ciągnie mnie do takich miejsc, a jeżeli jeszcze mam z kim iść to w ogóle jest cudownie. Teraz przymierzam się z Elizą do pojechania na wyjazd, no może nie koniecznie z jakimś takim klubem wysoko postawionym , bo chciałabym wrócić z zębami, ale naprawdę bym chciała. A do takich jeszcze wyjazdów, to naprawdę myślałam nad tym, właściwie to wpisałam sobie do głowy jako cel żeby w tym roku pojechać na Marsz Niepodległości do Warszawy i może ściągnę jakiś ziomków i będziemy naprawdę świętować. Jezu, ale ja patriotyczna i w ogóle. Dobranoc!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz